czwartek, 9 maja 2013

Dzień z AutoCad'em

Witam. Dzisiaj postanowiłem trochę popracować nad logotypami. Na prośbę kolegi zabrałem się do AutoCada'a. Najpierw burza mózgów, później ołówek i kartka. Niezliczona liczba pomysłów... W końcu praca właściwa czyli komp i AutoCad. Proste - bez kolorów, ale "czwórka" bardzo podobna do literki "G" ten logotyp miał pokazać napędy z różnymi śmigłami. Ten logotyp jest najbardziej dopracowany, symetria między literkami "P" - literka "G" dopasowana no "4" Ale niestety żaden z logotypów nie spodobał się kumplowi. W związku z czym postanowiłem w ramach ćwiczeń zrobić własny logotyp do tyczący zupełnie czegoś innego: Literę a ma symbolizować pięcioramienna radziecka gwiazda. Kacap Wszelkie prawa autorskie logotypów zastrzeżone :)

sobota, 27 kwietnia 2013

Odlotowy Płock

Płock jest jednym z najtrudniejszych startowisk w Polsce. Nie dziwi mnie to. Zachodnia Rotor, latarnie i krzaki na startowisku nie dają poczucia komfortu do tego jeszcze dochodzi płot, który trzeba pokonać aby polatać. Jest to pewnie powodem tego, że wielu pilotów rezygnuje z tamtejszego miejsca i wybiera się na latanie gdzie indziej. Szkoda , bo kiedy już się uda wystartować to można zobaczyć, że Płock jest naprawdę pięknym miejscem. Latam tam z ogromną przyjemnością i dużą satysfakcją. Ostatnio nawet udało mi się odlecieć. Muszę się w tym miejscu z wrodzoną skromnością pochwalić, że niewielu jak do tej pory się to udało właśnie w Płocku. Jednym ze szczęściarzy jest kolega Tomek, za namową którego ja również postanowiłem się puścić na przelot. Było to w piątek 26 kwietnia . Na skarpie nie było nikogo oprócz mnie i Tumka , dwóch odważniaków, chętnych do latania. Warun był super. Wiatr na startowisku nie za mocny około 5m/s, słońce w miarę dopisało, cumulusów nie ma ale to nie szkodzi. Nie czekając długo od razu zaczęliśmy się szpeić . Wystartowałem. Nie da się ukryć, że podstawy chmur były dość niskie, ale można było świetnie polatać za to na żagielku. Ja jednak miałem ukryty plan - wykręcić się i odlecieć. Wyszedłem na przedpole, znalazłem noszenie około 2 m/s i zacząłem robić ósemki. Po zrobieniu kilku ósemek postanowiłem założyć pierwsze krążenie i zobaczyć co się będzie działo. Trzymałem się tego komina i zrobiłem drugie krążenie. Zauważyłem, że odszedłem zbyt daleko i nie mam już szans na powrót, więc postanowiłem się puścić w stronę miasta z wiatrem i za wszelką cenę utrzymać się w kominie. Zaraz potem niestety musiałem rozglądać się za jakimś bezpiecznym awaryjnym miejscem do lądowania. Zauważyłem stadion i postanowiłem w razie czego na nim lądować. Jednak noszenie może nie było zbyt duże jednak stabilne. Leciałem dalej. Doleciałem do lotniska. Zobaczyłem stojący tam helikopter LPR, byłem więc spokojny o swoje bezpieczeństwo i strefę :) tym bardziej, że Petrochemię Orlen zostawiłem po lewej stronie. Wiatr niósł mnie w stronę pobliskiego cmentarza za lotniskiem, nad którym troszkę pokręciłem. Gdy nabrałem wysokości odleciałem w kierunku północnego wschodu z wiatrem. Dalej niestety noszenia nie było, ktoś wyłączył prąd :( Tylko opadanie . Doleciałem do jednej chmurki, niestety bez rezultatu. Cały czas miałem duszenie. Próbowałem wykręcać się nad zabudowaniami, na skraju lasu, ale też bez rezultatu. Znalazłem duże pole w pobliżu jakiejś większej miejscowości i na nim postanowiłem lądować. Maja wysokość maksymalna podczas lotu to 1400m n.p.m. Jak już wcześniej wspomniałem podstawy chmur nie były zbyt wysokie. Prędkość lotu też mnie zaskoczyła. W niektórych momentach leciałem nawet ponad 80 km/h. Wylądowałem w Staroźrebach prawie 25 km od Płocka. Super :) Mój cel został osiągnięty. Teraz jednak przede mną mała przeszkoda do pokonania, a mianowicie powrót do Płocka. Kilka dni wcześniej na wyjeździe zgubiłem telefon. Nie miałem żadnego numeru :/ tel byłem zdany wyłącznie na siebie i pomoc dobrych ludzi. Udało mi dotrzeć do przystanku autobusowego. Poczekałem godzinkę na autobus i zapakowałem się do Płocka. Po godzinnej samotnej jeździe dotarłem do miasta. Musiałem jeszcze tylko przejść kilka kilometrów z dworca do samochodu. Powiem Wam, że taka wyprawa wzmacnia kondycję i pozwala zrzucić zbędne kilogramy Glajt waży nie mało, a pogoda naprawdę była piękna i słońca nie brakowało. Zmęczony, ale szczęśliwy dotarłem na skarpę. Zapakowałem sprzęt i pojechałem do mojej wyjątkowej, pięknej, wspaniałej, cudownej, kochanej, seksownej, jedynej, niesamowitej, najzajebistrzej dziewczyny. Dzień uważam za jeden z najbardziej udanych i wszystkim pilotom polecam Płock.

niedziela, 13 lutego 2011

wietnamski Nowy Rok

3 lutego wietnamczycy obchodzą sylwestra.
Zostałem zaproszony na taką imprezę. Początkowo myślałęm jak wymigać się, żeby nie pójść na tą imprezę, a poźniej pomyślałem dlaczego miałby nie iść. A jak się bawiliśmy to widać na filmie :)
Miłego oglądania.

poniedziałek, 31 maja 2010

Lot z Buranem


            „Święty Warun” znowu dopisał. Tym razem ja wystartowałem jako pierwszy. Na lotnisku było trochę gapiów. Osobiście nie lubię publiczności. Jak jest widownia, zaczynam się stresować i peszyć, i pewnie dlatego nie wystartowałem za pierwszym razem, dlatego postanowiłem  wystartować alpejką – to był strzał w dziesiątkę
            Ten lot należał do jednego z najspokojniejszych. Tym razem miałem już przedłużki sterówek, które dały porcję wrażeń podczas startu. Każdy nowy element zawsze wprowadza dozę niepewności.  Po wystartowaniu złapałem przedłużki, wsiadłem do uprzęży i dalej było juz bardzo przyjemnie. Wspaniałe i ciekawe widoki, które niekiedy zapierały dech w piersiach. Wszystko co zobaczyłem podczas tego lotu było dla mnie niezapomnianym przeżyciem. W powietrzu nie byłem sam, obok mnie już ktoś latał na granatowo pomarańczowym skrzydle. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że to jest paralotnia polskiej produkcji Buran PPG. I nie pomyliłem się J Przez jakieś 40 min wspólnie z kolegą delektowaliśmy się widokami płockiego lanszaftu.  Latałem nieco wyżej niż Buran i bez trudu mogłem zobaczyć rafinerie Orlen w całości. Powierzchnia Orlenu jest porównywalna z powierzchnią miasta Płock nie licząc dzielnicy Podolszyce. Przepięknie widać zbiorniki PERN’u, gdzie przechowywana jest ropa z rurociągu „Drużba = Przyjaźń”. Fabryka New Holand z harmonijnie poukładanymi kombajnami na jej terenie. Kolor maszyn bardzo podobny do koloru kwitnącego rzepaku na polach. Nowy Płocki most z dwoma pylonami o konstrukcji podwieszanej. Jedynie nie mogłem zobaczyć  starego mostu, a to dlatego, że jest z perspektywy lotniska schowany za skarpą. Ogólnie miejsce jest nieprzeciętne, z bardzo ładnymi widokami jak na infrastrukturę miejską.

fot. Grzegorz Żołnierzak. Lipton na Mancie
            Podczas latania widziałem jak zbliża się front z północy. Czoło frontu już było praktycznie nad lotniskiem. Buran wylądował i postanowiłem, że nie będę przeginać i też ląduje. Po wylądowaniu Żołnierz przeszpeił się i wystartował. Znowu byłem kierownikiem startu :) Zrobił jedno kółko dookoła lotniska. W pełni usatysfakcjonowani spakowaliśmy się i pojechaliśmy do domu. 

fot. Grzegorz Żołnierzak. Usatysfakcjonowany :)
The end.

niedziela, 30 maja 2010

Kierownik startu


Po raz kolejny odwiedziłem Płock. Tym razem zapowiadała się fajna pogoda na latanie z kosiarką na plecach :) Jak na porządnych pilotów przystało, na początek poszliśmy do dyżurnego aeroklubu zapytać się czy można skorzystać z płyty lotniska. Zawsze jak przychodzimy do dyżurnego, to ma on mieszane uczucia, ale nie zdarzyło się żeby kiedykolwiek nam odmówił. Trochę pobiegaliśmy z paralotniami po lotnisku dopóki „Święty Warun” pozwalał postawić skrzydło alpejką. Zabawa był przednia, pot lał się strumieniami, a język zwisał do pasa ;)
            Żołnierz zadeklarował się, że poleci jako pierwszy. Z prognozy ewidentnie wynikało, że warun siądzie i będzie totalna flauta :) Przeinstruowałem Grześka jak ma wyglądać start i lądowanie, powiedziałem na co ma zwrócić uwagę. Obydwoje wiedzieliśmy, że od momentu odpalenia silnika do jego zgaszenia, Soldier jest zdany sam na siebie. Dlatego start i lądowanie musiało być wykonane perfekcyjnie, żeby nie było strat w ludziach i sprzęcieJ I w tym miejscu muszę wspomnieć o moim „ogromnym” doświadczeniu: -wykonałem dwa loty pod okiem doświadczonego instruktora, a łączny nalot z tych dwóch lotów to 1h i 10min. Zamieniłem się w rolę kierownika startu i musiałem całe swoje doświadczenie przekazać koledze w skondensowanej formie. Mieliśmy ustalony jeden sygnał, gdyby coś poszło nie tak, start miał być bezwzględnie przerwany. Całej sprawie pikanterii nadawał fakt, że nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Mimo, że kask mam z zestawem słuchawkowym, to miałem tylko jedno radio.  A na dodatek nie miałem spadochronu zapasowego :/
            Skrzydło Grzesiek postawił klasykiem, bez większych problemów, dłuższy rozbieg i już w powietrzu - długa prosta do nabrania wysokości i założył lewy krąg nad lotniskiem. Jedno kółko i podejście do lądowania. Zgasił silnik długa prosta do lądowania. Wylądował.  Ufffffff udało się :)
Fot.  Grzegorz Żołnierzak. Lot Liptona na jajkach :)
             Po dziewiczym locie PPG Żołnierza i moim debiucie jako kierownika startu, postanowiłem też polecieć, założyć chociaż jedno kółko dookoła lotniska. W roli pilota lepiej się czułem niż w roli kierownika startu. Mój trzeci lot na napędzie Fly Castellucio, odbył się bez większych ekscesów, można by powiedzieć, że był nudny. Po jednym niskim locie (50m) nawet nie zdążyłem zaobserwować  ładnych widoków.  

poniedziałek, 3 maja 2010

Opowieść jak Matka Natura kopnęła mnie w cztery litery.

Postanowiłem opisać to wydarzenie z myślą o wszystkich sceptykach, pesymistach i ludziach oczekujących na krwiste wydarzenia na tym blogu.
Historia wydarzyła się 30 kwietnia A.D. Zapowiadały się dobre warunki na latanie w Płocku na skarpie. Przyjechałem z samego rana żeby nie przegapić warunu. Po rekonesansie na startowisku okazało się że jest zdecydowanie za słabo a na dodatek słońce świeci i napędza termikę. Postanowiliśmy pojechać na lotnisko, żeby poćwiczyć. Żołnierz ćwiczył bieganie po lotnisku z dwudziesto-paro kilowym napędem, a wcześniej poćwiczyliśmy stawianie alpejki. Wychodziło nam całkiem sprawnie nawet przy termicznych podmuchach panowaliśmy nad sprzętem.
Po południu przybyliśmy ponownie na startowisko, wiało 6-7 m/s, słońce chowało się i pojawiało się za dużymi chmurami, ale wiało dość laminarnie z zachodnią odchyłką. Miałem kłopot z wystartowaniem na Mancie klasykiem. Rotor na startowisku skutecznie uniemożliwiał i utrudniał na start. Po kilku nieudanych próbach w końcu udało się wystartować. Na początku podniosło mnie na 3m nad startowisko po czym zdusiło i musiałem jeszcze raz odbić się od ziemi, żeby przejść przez bramkę.
Zanim przejdę do opisywanie właściwych wydarzeń, muszę wspomnieć o tym, że tego dnia po raz pierwszy testowałem nową uprząż. Uprząż Pro Design – szkolna i bez zapasu.
Wracając do właściwych wydarzeń. Oderwałem się od ziemi i poleciałem w prawo, zgodnie z odchyłką. Odszedłem od stoku bo nie byłem pewien nowej uprzęży i warunków tego dnia. Nie wiem czy zrobiłem to świadomie czy dlatego że długo nie mogłem wystartować i byłem już zestresowany. W każdym bądź razie to była słuszna decyzja. Lecąc wzdłuż stoku natrafiłem w dwóch miejscach na termiczne bąble.
Po tym jak stwierdziłem, że wyżej już się nie wygrzebie i powinienem odejść do stoku przelecieć przez drogę i lądować na plaży. Taki był plan. Od planu do realizacji jest długa droga. Zacząłem realizować plan i skręciłem w lewo odchodząc od stoku, bo byłem coraz niżej i bliżej latarni. W momencie kiedy pod sobą mijałem latarnie i byłem na wysokość powiedzmy dwóch latarni. Poczułem jak mnie podbił bąbel w trakcie wykonywania zakrętu, odczułem jak mnie podrzuciło do góry i momentalnie zdusiło i w tym momencie miałem prawostronną klapę na 40 % skrzydła, może więcej. Skrzydło strzeliło przede mnie i spiralą poleciałem w dół. Nie pamiętam w którą stronę kręciłem czy w prawo, czy w lewo. Próbowałem zahamować lewą sterówką, ale nie wiele to pomogło. Spojrzałem w dół i poczułem, że wiruje jak w pralce. Pode mną nieruchoma łąka, a ja do niej nieuchronnie zbliżam się. W takim momencie o niczym się nie myśli tylko żeby przeżyć. I wcale nie widziałem ciemnego tunelu z białym światełkiem.
Zderzenie z Ziemią było bardzo bolesne. Po upadku przez chwilę nie mogłem oddychać, po czym przez chwilę jęczałem z bólu. A później mnóstwo gapiów i każdy chciał wzywać karetkę. Co prawda samego zderzenia nie pamiętam, nie pamiętam w jaki sposób spadłem czy było to zderzenie plecami, czy bokiem. Ale sądząc po moich obrażeniach to było trochę bokiem, bo mam dużego siniaka na lewym łokciu, lewa noga boli mnie w kolanie i lewy pośladek boli mnie bardziej niż prawy. Stłuczony kręgosłup w części ogonowej. Tego dnia odczuwałem ból pleców ale na szczęście szybko przeszło. Nie mam żadnego złamania :)
Cała sprawa ma kilka aspektów i przemyśleń na które nie znam odpowiedzi.
Po pierwsze, primo – Nowa uprząż, której nie znam jak pracuje.
Po drugie, primo – 20cm protektor, na pewno uratował mój kręgosłup, strach pomyśleć gdyby był mniejszy protektor.
Po trzecie, primo – brak zapasu (ale wiadomo że nie otworzyłby się nawet gdyby był wyrzucony na wysokości góry skarpy)
Po czwarte, primo – czy ja zrobiłem wszystko jak należy, żeby wyjść z tego niestabilnego stanu lotu. Czy było po prostu za nisko, żeby móc wyjść bez szwanku.
Żeby bardziej zobrazować to całe wydarzenie przypomniał mi się film. Przebieg wydarzeń wygląda podobnie jak na tym filmie, z tym że ja nie robiłem wingoverów http://www.youtube.com/watch?v=aDpAXYR2ol0&feature=related
Tu chciałem złożyć podziękowania Żołnierzowi, który jechał na zakazach przez starówkę żeby mi pomóc.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Pierwszy lot z napędem

Po półrocznej frustracji, trwającej od momentu kupienia napędu nareszcie udało mi się polatać.
Napęd kupiłem pod koniec września 2009r. w Poznaniu. Zadowolenie było ogromne, kiedy wracałem ze śmigłem w bagażniku. I od tego momentu w mojej głowie nie było dnia żebym nie myślał o tym jak będzie wyglądać mój pierwszy lot z napędem na plecach.
Fly Castellucio jest to firma, która skonstruowała ten napęd na bazie powszechnie znanego (w środowisku paralotniowym) silnika Solo 210. Jest to silnik niskoobrotowy - 14 kM. Obroty śmigła dochodzą do około 8tyś obrotów/min. Można to sobie wyobrazić jak wirującą kosiarkę na plecach. W związku z tym postanowiłem, że nie będę eksperymentować na sobie i moim sprzęcie. Postanowiłem się udać do kogoś kompetentnego, kto potrafi nauczyć bezpiecznie latać z wirującą śmiercią na plecach. Udałem się do Łęk Kościelnych szkoły Falco Marcina Sokoła.
Cały czas coś nie pozwalało na to żeby przetestować ten napęd. Na początku nie było warunków ponieważ za mocno wiało, później instruktor wyjechał w ciepłe kraje. Jak wrócił to znowu warunki się popsuły, później przyszła surowa zima. Zima odeszła ale pozostawiła ogromne ilości wody i zalane łąki. Biednemu zawsze pod górkę i wiatr w oczy wieje  W paralotniarstwie najbardziej pożądaną cechą jest cierpliwość. Czekałem na ten 20 minutowy lot ponad pół roku.
W końcu przyszły te lepsze dni. Ale pech mnie nie opuszczał na krok.
Pierwszą pechową wiadomość otrzymałem sms’em od kolegi Żołnierza: „wycofuje się z kursu z przyczyn rodzinnych” 
Pożyczyłem Volkswagena Transportera od taty, załadowałem napęd do środka. Przyjechałem do Łęk Kościelnych od razu po świętach jak tylko ICM’ka na to pozwoliła. Wesoło jadąc przez łąkę, nie udało mi się pokonać jednej koleiny i niestety ugrzęzłem na dobre. Wszelkie próby wypychania busa z błota były nieskuteczne. Instruktor (Marcin Sokół) zadzwonił po kolegę rolnika, żeby przyjechał ciągnikiem. Na szczęście udało się wyciągnąć auto bez większych kłopotów.
Radośnie przystąpiłem do odpalenia napędu. I już za drugim szarpnięciem miałem w ręku szarpaczkę :/ Linka która wytrzymuje 500kg została urwana przez mój dorodny mięsień bicebsu. „Nie ma takiego bicia, koniec imprezy” Jedyne co mi pozostało do roboty to ćwiczenia startu na sucho, z napędem na plecach oczywiście nie odpalony. Bieganie z dwudziesto paro kilogramowym napędem nie należą do łatwych i przyjemnych rzeczy. Już na następny dzień miałem zakwasy.
Na następny dzień czyli w czwartek (8-04-2010) po wymianie szaraczki, przewodów, filtrów powietrza i paliwa udało się odpalić i wykonać pierwszy lot. Patrząc krytycznym okiem, start nie wyglądał rewelacyjnie. Skrzydło lekko zeszło z kierunku planowanego toru lotu. Za słabo rozpędzone skrzydło. Za wcześnie zaciągnięte sterówki. Ale obeszło się bez strat w ludziach i sprzęcie. Parametry: wiatr północny, siła 2-3m/s, start klasyczny, 1l – benzyny. Plan lotu: idealny start, lot po prostej czyli nabranie wysokości, zakręt zgodnie z siłą reakcyjną i w odwrotną stronę, wyczucie momentu odśmigłowego, lot trwa max tyle na ile pozwala paliwo i rozplanowanie lądowania jak zgaśnie silnik. Na dole wieje na tyle fajnie, że łatwo można postawić skrzydło. Lekki wiaterek ułatwia postawienie skrzydła i start. Natomiast u góry na wysokości ok. 200m, prędkość postępowa wynosiła niemalże 0. Po 20 min silnik zaczął prychać, słabnąć i w końcu zgasł. I wraz z utratą wysokości moja prędkość postępowa wzrastała. Z pomącą Marcina, wylądowałem bez większych problemów i w zakładanym miejscu.
Dwudziesto minutowy lot, sprawił niesamowitą radość.